Alarm był związany z rosyjskim atakiem powietrznym na zachodnią Ukrainę. W pobliżu polskiej granicy doszło do zdarzenia z udziałem rosyjskiego drona, który spadł około 4 kilometrów od granicy z Polską. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych informowało jednocześnie, że nie doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej. W związku z sytuacją w gotowości znalazło się polskie lotnictwo, a czasowo wstrzymano także operacje na lotniskach w Rzeszowie i Lublinie. Alarm został następnie odwołany.
Mieszkańcy szukali informacji
Dla części rzeszowian pierwszym sygnałem, że dzieje się coś nietypowego, był dźwięk syren. Inni najpierw zobaczyli wiadomość w telefonie. Jeszcze inni nie zauważyli niczego.
W lokalnych i osiedlowych grupach internetowych szybko pojawiały się pytania mieszkańców: czy to ćwiczenia, awaria, test syren, czy może rzeczywiste zagrożenie. Nie brakowało także osób, które przez pierwsze minuty nie wiedziały, gdzie szukać potwierdzonych informacji.
Co się dzieje, że tak wyją syreny? Zapowiadali jakieś ćwiczenia?
- czytamy na jednej z osiedlowych grup
Takie reakcje pokazują, jak duże znaczenie ma nie tylko samo uruchomienie systemu alarmowego, ale również jasna komunikacja. Sam dźwięk syreny dla wielu osób może być niewystarczający, szczególnie jeśli ktoś nie pamięta znaczenia poszczególnych sygnałów albo po prostu nie miał wcześniej do czynienia z realnym alarmem.
Nie wszędzie alarm był słyszalny
Inaczej sytuacja wyglądała w zamkniętych budynkach. Część mieszkańców przebywających w galeriach handlowych czy innych dużych obiektach nie słyszała syren. W takich miejscach codzienne funkcjonowanie mogło przez pewien czas wyglądać zupełnie normalnie.
To kolejny element, który zwraca uwagę mieszkańców. Co w sytuacji, gdy ktoś nie usłyszy syreny, nie otrzyma informacji od obsługi budynku albo nie sprawdzi telefonu?
Ja nie słyszałam zupełnie nic. Byłam w galerii i było spokojnie. Wszystko funkcjonowało jakby nic się nie działo. Dowiedziałam się dopiero po wiadomości od koleżanki z pytaniem, czy też nas ewakuowano
- mówi mieszkanka Rzeszowa.
Jednocześnie w części budynków reakcja była natychmiastowa. Ewakuowano pracowników niektórych urzędów, m.in. Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego i Urzędu Marszałkowskiego. W Podkarpackim Urzędzie Wojewódzkim osoby znajdujące się w budynku skierowano na poziom minus jeden. W szkołach i innych placówkach oświatowych również podejmowano działania związane z zabezpieczeniem uczniów i pracowników.
Syreny wywołały też skojarzenia z 17 września 1939 roku
Czwartkowy alarm miał jeszcze jeden szczególny kontekst. 17 września przypada bowiem rocznica agresji Związku Sowieckiego na Polskę w 1939 roku. W Rzeszowie tego dnia odbywały się osobne uroczystości upamiętniające 87. rocznicę sowieckiej napaści oraz Dzień Sybiraka.
Wśród części mieszkańców pojawiło się więc skojarzenie, że syreny mogą być elementem obchodów rocznicowych. W rzeczywistości alarm miał jednak zupełnie inny powód – był reakcją na aktualną sytuację związaną z rosyjskim atakiem na Ukrainę i zagrożeniem z powietrza. Nie były to również zapowiedziane wcześniej ćwiczenia.
Ja to w ogóle myślałem, że upamiętniają 17 września. Podobnie jak wyją w inne święta i na poczatku w ogóle nie przywiązałem do tego uwagi
- mówi mieszkaniec miejscowości pod Rzeszowem.
Dla mieszkańców wydarzenie stało się więc nie tylko chwilą niepokoju, ale także sprawdzianem tego, jak działa system ostrzegania ludności w praktyce.
Czy wiemy, co robić w razie realnego zagrożenia?
Wczorajsze wydarzenia pokazują, że samo istnienie syren alarmowych i systemu Alert RCB nie kończy kwestii bezpieczeństwa. Równie ważne jest to, czy mieszkańcy rozumieją komunikaty i wiedzą, co zrobić po ich otrzymaniu.
Instrukcja przekazana przez RCB była konkretna: znaleźć bezpieczne miejsce, stosować się do poleceń służb i oczekiwać dalszych komunikatów.
W praktyce reakcje mieszkańców były jednak różne. Jedni od razu sprawdzali wiadomości i informacje służb. Inni pytali sąsiadów lub zaglądali do lokalnych grup internetowych. Część osób w ogóle nie wiedziała, że trwa alarm.
Moim zdaniem w ogóle nie jestesmy przygotowani. Wczorajszy dzień to pokazał. Panika i tyle
- twierdzi jedna z mieszkanek miasta.
Pojawia się więc pytanie nie tylko o to, czy służby są przygotowane do sytuacji kryzysowej, ale także o przygotowanie samych mieszkańców. Czy wiemy, gdzie powinniśmy się udać? Czy wiemy, co zrobić w mieszkaniu, pracy, szkole albo centrum handlowym? Czy potrafimy rozpoznać sygnał alarmowy i odróżnić rzeczywiste zagrożenie od ćwiczeń?
Co ciekawe, zaledwie dzień wcześniej, 16 września, na Podkarpaciu przeprowadzano wojewódzkie ćwiczenia ochrony ludności i obrony cywilnej „PODKARPACIE – PODNIEBYLE 2026”. Ich celem było m.in. sprawdzenie współdziałania służb, administracji i podmiotów ochrony ludności w sytuacji zagrożenia.
Czwartkowe wydarzenia były jednak czymś innym – realną reakcją na sytuację za wschodnią granicą. I właśnie dlatego dla mieszkańców mogły być ważnym sprawdzianem również w wymiarze indywidualnym.
Nie powinno być w ogóle takiego alarmu. Wiem, że ostatnio dostało się RCB od opinii publicznej, że wysyłają wiadomości po fakcie, ale nie ma potrzeby włączania syren i rozsiewania paniki i jeszcze ewakuacji w momencie, kiedy coś spada na teren ukrainy. Mogłoby się skończyć na samym alertach RCB. Jeśli coś faktycznie przekroczyłoby teren RP, wtedy taka akcja byłaby uzasadniona
- twierdzi mieszkanka Rzeszowa.
Wczorajsze syreny ucichły, alarm został odwołany, a Rzeszów wrócił do normalnego rytmu. Pozostały jednak pytania. Nie tylko o to, co wydarzyło się 17 września, ale również o to, jak mieszkańcy miasta zachowaliby się w sytuacji, w której zagrożenie byłoby już bezpośrednie.
Komentarze (0)