W mieście trudno znaleźć osoby, które nie słyszały już o tragedii. Informacja o śmierci duchownego szybko dotarła do mieszkańców, jednak część osób nadal nie znała wszystkich szczegółów wydarzeń. W rozmowach pojawia się przede wszystkim smutek, niedowierzanie i pytania o to, co dokładnie wydarzyło się w opactwie.
„Czy on żyje?”
Dla części mieszkańców wiadomość o ataku była szczególnie trudna, ponieważ dotyczyła osób, które znali z codziennego życia. Księża posługujący na terenie opactwa byli dla wielu osób dobrze znanymi postaciami.
Niektórzy zupełnie nic tu nie wiedzą. Ja nie wiem, co się dzieje z księdzem Markiem. Czy on żyje?
- mówi i zarazem pyta napotkany przez nas senior.
Pytanie to dobrze oddaje chaos informacyjny, który pojawił się bezpośrednio po tragedii. W pierwszych godzinach po zdarzeniu mieszkańcy przekazywali sobie informacje, często nie mając jeszcze pełnego obrazu sytuacji. Służby prowadziły czynności na miejscu, a poszkodowani byli przewożeni do szpitali.
Ostatecznie prokuratura potwierdziła, że w wyniku zdarzenia rannych zostało pięć osób. Jedna z nich zmarła po przewiezieniu do szpitala. Śledczy prowadzą postępowanie, którego celem jest ustalenie dokładnego przebiegu zdarzenia oraz wszystkich jego okoliczności.
„Nam zabronili wychodzić ze szkoły”
O tym, jak silne emocje wywołało zdarzenie wśród młodych mieszkańców, mówią również uczniowie jednej z jarosławskich szkół.
Nam zabronili wychodzić ze szkoły na przerwie. Wszyscy się przestraszyli
– mówi w rozmowie z nami grupa nastolatków.
Dla osób przebywających w pobliżu opactwa był to szczególnie niepokojący moment. Informacje o policyjnych działaniach i rannych osobach pojawiły się w czasie, gdy w okolicy normalnie toczyło się codzienne życie.
Mieszkańcy przyznają, że trudno było im od razu uwierzyć w skalę wydarzeń.
No kto by pomyślał
- mówią inni.
To krótkie zdanie powtarza się w rozmowach z mieszkańcami. Nie chodzi wyłącznie o sam fakt ataku, ale również o miejsce, w którym do niego doszło. Opactwo jest dla wielu jarosławian miejscem znanym i kojarzonym przede wszystkim z religią, spokojem oraz spotkaniami wiernych.
Świadkowie opisują chwile po rozpoczęciu ataku
Część informacji o przebiegu zdarzenia pochodzi od osób, które znajdowały się na miejscu. Jedną z nich była pani Urszula, która w rozmowie z TVN24 przedstawiła swoją relację z dramatycznych chwil.
Jej opowieść dotyczy między innymi księdza Marka. Jak relacjonowała, duchowny miał zostać zaatakowany w okolice szyi. Według jej relacji po ataku upadł, a znajdujący się w pobliżu mężczyzna próbował udzielić mu pomocy i powstrzymać napastnika.
Uderzył księdza Marka w tętnicę szyjną. Ksiądz Marek upadł. Mężczyzna obok stojący ratował. Prosił, żeby dał spokój. Wtedy on się odwrócił i księdza Stanisława, który szedł do konfesjonału, zaatakował z tyłu i uderzył go w plecy, a potem pobiegł do kawiarenki i tam uderzył księdza Adriana w głowę
- powiedziała pani Urszula dla TVN24.
To relacja świadka, dlatego szczegółowy przebieg poszczególnych ataków pozostaje przedmiotem ustaleń śledczych. Prokuratura prowadzi oględziny i zabezpiecza dowody, które mają pozwolić na dokładne odtworzenie wydarzeń.
Wiadomo natomiast, że wśród poszkodowanych znalazło się trzech duchownych oraz dwie osoby świeckie. Jednym z rannych był ksiądz Stanisław, który zmarł w szpitalu. Informacje o tym, że jeden z duchownych został zaatakowany w rejonie konfesjonału, przekazywała również prokuratura i inne źródła obecne na miejscu.
Ludzie szukali schronienia
Dramatyczne chwile przeżywali także wierni, którzy znajdowali się na terenie opactwa.
Pan Stanisław w rozmowie z Polsatem opowiadał, że część osób, które przyszły przed planowaną mszą, szukała miejsca, w którym mogłaby się ukryć.
Część ludzi, którzy tam byli przed mszą, schowało się do takiego konfesjonału, który jest dla głuchych. On jest praktycznie z możliwością zamknięcia się w nim
- mówił.
Informacje o osobach chowających się w konfesjonałach pojawiają się także w innych relacjach świadków. Według jednej z nich część wiernych właśnie w taki sposób próbowała znaleźć bezpieczne miejsce podczas zamieszania.
W momencie ataku na terenie opactwa znajdowali się ludzie, którzy przyszli na mszę. Świadkowie opisywali później krzyki, panikę i próby opuszczenia miejsca zdarzenia. Niektórzy szukali schronienia w pomieszczeniach, które mogły zapewnić chwilowe bezpieczeństwo.
„To jedni z bardziej cenionych księży tutaj”
Dzisiaj mieszkańcy mówią przede wszystkim o osobach, które zostały zaatakowane.
To jedni z bardziej cenionych księży tutaj. Mieszkam niedaleko. Widziałem trzy karetki. Jeszcze wtedy nie wiedziałem o co chodzi
- relacjonuje jeden z mieszkańców Jarosławia.
Wspomnienia o duchownych pojawiają się w wielu rozmowach. Dla osób, które regularnie pojawiały się w opactwie, nie byli oni anonimowymi osobami. Byli częścią lokalnej społeczności.
Śmierć księdza Stanisława sprawiła, że czwartkowe wydarzenia nabrały dla mieszkańców jeszcze bardziej tragicznego wymiaru. Początkowe informacje dotyczyły przede wszystkim samego ataku i rannych. Z czasem pojawiła się wiadomość, że jeden z poszkodowanych duchownych nie przeżył.
Prokuratura potwierdziła, że w sprawie prowadzone są czynności śledztwa. Zbierane i zabezpieczane są dowody, a śledczy ustalają okoliczności zdarzenia.
Miasto próbuje wrócić do codzienności
Jarosław jest miastem, w którym mieszkańcy dobrze znają miejsca, w których rozegrała się tragedia. Dlatego dla wielu osób szczególnie trudne jest oddzielenie codzienności od tego, co wydarzyło się w czwartek.
No kto by pomyślał
- powtarzają mieszkańcy.
W tych słowach jest przede wszystkim niedowierzanie. W rozmowach nie brakuje pytań o to, dlaczego doszło do ataku i co kierowało 31-letnim mężczyzną. Na te pytania odpowiedzieć mają jednak dopiero prowadzone przez służby czynności.
Prokuratura nie wskazała dotychczas motywu działania podejrzanego. Śledczy ustalają między innymi dokładny przebieg wydarzeń i okoliczności, w jakich mężczyzna znalazł się na terenie opactwa. Wiadomo, że został zatrzymany przez policjantów po zdarzeniu.
Dlatego mieszkańcy, choć próbują odtworzyć wydarzenia na podstawie informacji pojawiających się w mediach i własnych obserwacji, wciąż nie znają pełnej odpowiedzi na pytanie, co doprowadziło do tragedii.
Komentarze (0)