Hala Podpromie zamieniła się w rzymskie koloseum. KSW 122 przeszło do historii

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Hala Podpromie zamieniła się w rzymskie koloseum. KSW 122 przeszło do historii - Zdjęcie główne
Autor: Maciej Prokop | Opis: KSW w Rzeszowie

reklama
Udostępnij na:
Facebook
WiadomościJesienne powietrze w Rzeszowie miało w sobie ten elektryzujący ładunek. Kiedy 10 października szedłem w stronę Podpromia, wiedziałem, że wchodzę do współczesnego koloseum. KSW 122 miało być nocą, w której techniczna finezja zderza się z bezwzględnym instynktem przetrwania. Usiądź wygodnie – zabieram Cię tam, gdzie krew miesza się z potem, a marzenia płoną w blasku oktagonu.
reklama

10 października, sobota. W Rzeszowie panował słoneczny dzień, a w powietrzu czuć było wyjątkową, jesienną atmosferę. Doskonale wiedziałem, co dzisiaj wydarzy się w naszym mieście. To właśnie w minioną sobotę w rzeszowskiej hali odbyła się gala KSW 122, podczas której na własne oczy zobaczyłem niesamowitych zawodników i prawdziwych gladiatorów w akcji. Cała hala była szczelnie wypełniona kibicami, a ten ryk dopingu słyszany na żywo to coś, czego po prostu nie da się zapomnieć.

Rzeszowskie Podpromie niczym rzymskie koloseum

Powoli dochodziła osiemnasta. To właśnie wtedy miało nastąpić oficjalne otwarcie bramek, a w mojej głowie trwały ostatnie przymiarki logistyczne. Czy jechać autem? Szybka kalkulacja szybko udowodniła mi, że to kompletny błąd. Tysiące rozkręconych fanów, ekipy medialne, zawodnicy i cała rzesza obsługi technicznej utwierdziły mnie w przekonaniu, że znalezienie wolnego miejsca parkingowego w okolicach Podpromia graniczyłoby z cudem. Krótka decyzja, szybkie wiązanie butów i gotowe. Postawiłem na taksówkę – szybciej, wygodniej i bez głębokiego zastanawiania się, gdzie zostawię samochód.

reklama

Gdy wysiadłem z taksówki tuż pod Podpromiem, ogarnął mnie ten specyficzny, pulsujący szum. Wokół wrzawa, tłumy ludzi i podekscytowanie wiszące w powietrzu. Trzeba było jednak sprawnie dostać się do środka.

Po drodze kusiły zapachy z gastro strefy – od chrupiących zapiekanek po klasyczne hot dogi – ale moje nogi zdecydowanie parły już w stronę głównej hali. Przeszedłem bramki, wkroczyłem do środka i... o to on. Na samym środku ogromnej hali, niczym rzymskie koloseum, stał oktagon. Serce od razu zabiło mocniej, bo wiedziałem, że za chwilę zaczną się wielkie emocje.

Pierwsza walka i pierwsze emocje

Gdy tylko zająłem swoje miejsce na trybunach, a w powietrzu wciąż dymiła energia gęstniejącego tłumu, sędzia dał sygnał do rozpoczęcia pierwszej walki wieczoru. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak szybko ten wieczór rozgrzeje nas do czerwoności. Sergiusz Zając wyszedł do oktagonu z bagażem w postaci przekroczonego limitu wagowego i odjętego na starcie punktu. Widziałem w jego oczach potężną determinację, by błyskawicznie zmyć ten falstart.

reklama

Gdy tylko zabrzmiał gong, Zając nie czekał ani chwili na wybadażenie pola. Ruszył naprzód jak rozgniewany żywioł, bezwzględnie okopując wykroczną nogę debiutującego Salima El Ouassaidiego. Każde uderzenie niosło się po całej hali niczym głuchy wystrzał z bata. El Ouassaidi, szukając ratunku przed tą morderczą nawałnicą, desperacko rzucił się po sprowadzenie, ale to był jego kardynalny błąd. Zając przywitał go w klinczu gradem potężnych kolan i ostrych łokci, które rozcięły powietrze i obnażyły bezradność debiutanta. W ułamku sekundy przeniósł akcję na matę, zamieniając klatkę w teatr absolutnej dominacji. Zasypał rywala lawiną pięści, zmuszając sędziego do natychmiastowego przerwania pojedynku. Otarłem pot z czoła - to był dopiero początek, a ja już dobrze wiedziałem, że ta noc zapisze się w historii rzeszowskiego sportu.

reklama

Gdy młoda krew miesza się z bólem. Brutalne starcia talentów

Trybuny jeszcze dobrze nie zdążyły ochłonąć po ekspresowym otwarciu, a w oktagonie wrzało już od nowa. Młode wilki europejskiego MMA wyszły do klatki po to, by zostawić w niej absolutnie wszystko. Reprezentujący Anglię Kristians Boguzs przywitał debiutującego Kacpra Cholewę bez żadnego pardonu. Od pierwszych sekund walka zamieniła się w bezwzględną bitwę pod siatką, gdzie nie było miejsca na kalkulacje. Obserwując to z trybun, czułem, jak temperatura na hali znowu skacze. Boguzs nie patrzył na brak doświadczenia rywala w organizacji – już w pierwszej rundzie wymierzył Cholewie tak druzgocące kolana, że Polak runął na matę. Cholewa pokazał jednak niesamowitą, wręcz nieludzką odporność. Wstawał, walczył, próbował przetrwać tę nawałnicę, przyjmując grad ciosów na głowę i korpus. Anglik szedł jednak jak po swoje, bezlitośnie rozbijając go w parterze, aż w trzeciej rundzie sędzia musiał ratować Polaka i przerwać ten nierówny bój. Szacunek za serce do walki, ale to była czysta dominacja.

reklama

Chwilę później na placu boju pojawili się Andrzej Karkula i kolejny debiutant, Kamil Korzeniowski. Początkowo patrzyłem na to starcie jak na finezyjną partię szachów w stójce. Korzeniowski mądrze próbował trzymać rywala na dystans, kąsając go szybkopociskowymi ciosami i unikając zwarcia. Karkula szedł jednak naprzód z marmurową twarzą czołgu, z każdą sekundą zacieśniając pętlę i spychając go pod siatkę. Koniec pierwszej rundy przyniósł zwiastun burzy, gdy walka po raz pierwszy zjechała do parteru. W kolejnych odsłonach Karkula zamienił ten pojedynek w swój własny teatr. Błyskawicznie i bezwzględnie przenosił akcję na matę, gdzie jego zapasy zmiażdżyły ambicje rywala. Korzeniowski szukał ratunku, próbował zrywać się do stania, ale fizyczna dominacja i grad uderzeń nie pozostawiły złudzeń – sędziowie musieli jednogłośnie wskazać zwycięzcę.

Królewski pojedynek

Gdy do oktagonu weszli giganci królewskiej kategorii wagowej, powietrze w rzeszowskiej hali zgęstniało. To nie była zwykła walka. To było starcie dwóch światów, w którym każdy krok ważył tonę, a każde uderzenie mogło rozstrzygnąć losy całego wieczoru. Szymon Bajor, doświadczony w bojach stary wyjadacz i szóstka rankingu, stanął twarzą w twarz z niepokonanym, nabitym pewnością siebie Kacprem Paczóskim.

Siedząc na trybunach, niemal czułem ten psychiczny ciężar spoczywający na ich barkach. Początek to była czysta, bezkompromisowa wymiana w stójce. Ręce latały w powietrzu, a odgłos potężnych uderzeń niósł się echem pod same sektory. Szybko jednak stało się jasne, że techniczna stójka ustąpi miejsce brutalnej wojnie na wyniszczenie. Walka zjechała do klinczu i na matę, zamieniając się w fizyczny teatr cierpienia.

Bajor, z zimną krwią machiny do zapasów, raz za razem szukał swoich szans w parterze. Obalał rywala z precyzją chirurga, próbując zamknąć mu drogę ucieczki. Ale Paczóski? Ten chłopak nie miał w słowniku pojęcia „poddanie”. Walczył jak w transu. Wstawał, zrywał się z maty, a momentami wręcz odwracał losy rundy, lądując na górze i kąsając doświadczonego rywala własnymi ciosami.

To było piętnaście minut czystej, nieludzkiej walki o przetrwanie. W trzeciej rundzie obaj ledwo łapali tlen, a z ich ciał kapał pot. Gdy po ostatnim gongu opadły ręce, w hali zapadła na moment cisza, oczekiwanie na werdykt. Sędziowie nie mieli jednak wątpliwości – jednogłośną decyzją punktową (2x 29-28, 30-27) ręka Szymona Bajora wystrzeliła w górę. To była bitwa, którą zapamiętamy na długo.

Nokauty, nagłe zwroty akcji i parterowa dominacja

Gdy patrzyłem na tę sekwencję pojedynków z trybun, miałem wrażenie, że rzeszowska hala lada moment obróci się w gruzy pod naporem czystej adrenaliny. Najpierw Adam Soldaev zamienił oktagon w krwawą łaźnię; mimo karnego punktu, wszedł w Mateusza Makarowskiego jak taran i potężnym, niszczycielskim prawym sierpowym zgasił mu światło już w pierwszej rundzie. To był brutalny, czysty nokaut, który poderwał całą halę z miejsc.

Zaledwie zdążyliśmy ochłonąć, nastąpił zimny prysznic i absolutny szok. Były mistrz Marian Ziółkowski pięknie posłał Wilsona Varelę na matę pojedynczymi ciosami. Gdy wydawało się, że kontroluje sytuację, nastąpił nagły zwrot akcji. Francuz, leżąc na plecach, w ułamku sekundy skręcił się do nieprawdopodobnie ciasnej balachy. Ziółkowski nie miał wyjścia – musiał odklepać, a w hali zapadła na moment grobowa cisza.

Zaraz potem w klatce pojawił się niepokonany Igor Włodarczyk, serwując nam popis grapplingowej dominacji nad Welissonem Paivą. To nie była zwykła walka, to była prawdziwa lekcja zapasów. Włodarczyk z chirurgiczną precyzją kontrolował Brazylijczyka w parterze przez pełne trzy rundy, nie dając mu najmniejszych szans na ucieczkę i pieczętując zasłużone zwycięstwo na punkty. A to wciąż nie był koniec emocji, jakie przygotowała dla nas ta noc.

Zwycięstwo Rzeszowianina

Gdy Andrzej Grzebyk zmierzał do oktagonu, czułem, jak całe Podpromie drży w posadach. To nie była zwykła walka. To był pojedynek o dom, o lokalny honor i o duszę tego wieczoru. Nasz chłopak wychodził do klatki z gigantycznym brzemieniem oczekiwań tysięcy kibiców. Naprzeciwko stanął Laïd Zerhouni - niebezpieczny, nabity agresją zawodnik, który co prawda poległ na wadze i stracił punkt na starcie, ale w klatce zamieniał się w tykającą bombę.

Zerhouni od pierwszych sekund rzucił się do przodu, próbując zaciągnąć Grzebyka do piekła. Szukał dzikiej, chaotycznej bijatyki na wyniszczenie, w której jeden błąd oznacza bolesny nokaut. Wtedy właśnie zobaczyliśmy wielkość naszego zawodnika. Grzebyk nie dał się porwać emocjom i nie wszedł w tę niebezpieczną grę. Zamiast tego zaserwował nam arcydzieło klatkowych szachów.

Poruszał się z chirurgiczną precyzją, bezlitośnie okopując wykroczną nogę Francuza i kąsając go szybkimi ciosami. Kiedy Zerhouni próbował narzucić presję pod siatką, Grzebyk gładko znikał z linii ognia, zmuszając rywala do bicia w pustą przestrzeń. W drugiej rundzie bezceremonialnie przeniósł akcję na matę, a w trzeciej mądrze gasił jego zapał w klinczu, nie pozwalając na żaden zryw rozpaczy. To była wojna nerwów wygrana czystym sprytem i chłodną kalkulacją. Gdy sędziowie ogłosili zwycięstwo większościową decyzją, hala eksplodowała z dumy. Nasz człowiek udowodnił, że mądrością i charakterem można rozmontować każdą nawałnicę.

Walka wieczoru

Gdy wybiła godzina próby i nadeszła walka wieczoru, całe Podpromie wstrzymało oddech. W strefie mistrzowskiej wagi koguciej stanęli obok siebie obrońca pasa, Vitalii Yakymenko, oraz niesamowicie nabity żądzą chwały Marcello Morelli. To nie było zwykłe starcie. To była fizyczna wojna owinięta w szaty sportowej rywalizacji, gdzie każdy oddech ważył tonę, a powietrze w hali niemal elektryzowało.

Początek to była czysta, bezlitosna poezja stójki. W pierwszej odsłonie mistrz wyglądał jak bóstwo – kontrolował każdy centymetr klatki, wywierał nieludzką presję i precyzyjnymi ciosami chłostał pretendenta. Wydawało się, że Yakymenko ma ten pojedynek w kieszeni. Ale Morelli nie przyjechał tu po to, by grzecznie oddać pas. W drugiej rundzie Wenezuelczyk zerwał się z łańcucha, przejął inicjatywę i zaczął brutalnie, systematycznie burzyć mistrzowski mur, odrzucając wszelkie próby zapaśniczego ratunku.

Środek walki zamienił się w piekło. Wymiany w stójce rozgrzewały trybuny do czerwoności, a pot i zmęczenie mieszały się z echem naszych wrzasków. W czwartej odsłonie zdesperowany mistrz odnalazł w końcu klucz – zanurkował w nogi rywala, sprowadził go do parteru i zaczął powoli dusić tlen z jego płuc.

A potem nadeszła piąta runda. Ta jedna, rozdzierająca serce chwila, która miała zadecydować o wszystkim. Gdy akcja po raz kolejny zjechała na matę, Yakymenko zamienił się w bezwzględnego łowcę. W ułamku sekundy zatrzasnął pułapkę, chwytając nogę Morelliego i wykręcając ją w nieludzki sposób. Balacha na kolano, założona w pierwszej minucie finałowej odsłony, zmusiła Wenezuelczyka do nagłego, dramatycznego odklepania. Triumf mistrza był krwawy, piękny i absolutny.

Echo nocy

Gdy wyszedłem z Podpromia w chłodną, październikową noc, w uszach wciąż brzęczał mi echem ryk tysięcy gardeł. Wracając do domu, człowiek zaczyna zadawać sobie pytanie: co nas tak naprawdę ciągnie do tego świata? Przecież to ból, pot i ryzyko natychmiastowej porażki. Ale w tej czystej, obnażonej walce jest coś hipnotyzującego. Zostawiamy za sobą gasnący oktagon, w którym przed chwilą ważyły się losy mistrzów i debiutantów, a w głowie zostaje jedna myśl. Czasami trzeba dotknąć twardej maty, żeby zobaczyć, ile w nas naprawdę zostało siły i charakteru. I właśnie dla takich chwil tutaj wracamy.

 

 

 

 

 

 

 

reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo